iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

dziwna maniera

Nie wiem skąd mi sie to wzięło i kiedy, ale nie lubie opowidac sie ludziom ze swoich trosk i zmartwień. Mało tego, nawet jesli ktos pyta to mówię wykrętnie, że u mnie wszystko w porządku markując radosny uśmiech.

Kiedy zaczyna sie znowu dziać coś nieciekawego w moim zyciu, przychodzi kolejny dół, kolejny koszmarny smutek i kolejny bezsens kazdego dnia wówczas zamykam sie sama w sobie. Izoluję się od ludzi. Może z obawy przed tym, że z mojej twarzy mozna czytac jak z ksiązki. Absolutnie wszystko. Nawet ten kto mnie nie zna. Podobno oczy sa zwierciadłem duszy...... w moim przypadku moje oczy są zdrajcą mojej duszy. Żebym nie wiem jak próbowała maskowac swoje cierpienie, moje oczęta krzyczą do wszystkich jaka jestem nieszczęśliwa.

Podobno jestem dobrą aktorką. Czasami zgadzam sie z tym. Zawsze dobrze wychodzi mi gra aktorska, kiedy działam z premedytacją, z odrobiną humoru albo z ogromnym działem ironii. Ale kiedy czuję się zmieszana z błotem, a ostatnimi czasy - jakiś rok wstecz - zdarza mi się to często, nie mam siły na to aby grac zadowoloną z życia istotę. Zamykam sięi wtedy nie tylko w sobe, ale przede wszystkim w czterech ścianach. I czekam aż mi przejdzie.

I tak jest od kilku dni. Czekam aż przejdzie. Tylko nie wiem co ??? Smutek ?? Raczej to nie smutek, do niego juz przywykłam, jest jak mój cień, jak brat bliźniak. Rozczarowanie ?? Samym sobą ??? Tez nie - bez względu na wszystko nigdy nie żałuję tego co zrobiłam, nie myslę, że mogłam zrobic to inaczej. Może dzięki temu mogę patrzec w lustro... To pewnie BEZNADZIEJA. To ona ma minąć. Tylko jak to zrobić ??? Czasami wystarczy impuls, np. uśmiech obcej osoby na ulicy. Czasami ulubiona muzyka. A czasami domowe SPA, bardziej dla duszy niż ciała, chociaz na pierwszy rzut oka, to ciało najwięcej korzysta.

I właśnie jestm w takim momencie. Nie mam ani siły ani ochoty poosprzatać mieszkania. Już od tygodnia sie za to zabieram i nic. Juz od tygodnia planuje aromatyczna kąpiel, piling i domowym sposobem manicure Nie mam ochoty nawet ubrac sie po swojemu i ułozyc po swojemu włosy, czyli w miare elegancko. Po prostu - wciągam dżinsy, koszulę dżinsową i włosy w kuca. I obowiązkowo do tego stroju adidasy. I wyglądam jak podstarzała małolata. To wszystko z poczucia beznadziejności. Bo niby z czego mam sie cieszyć. Nie mam pracy prawie dwa lata. Maksymalnie uzalezniona jestem finansowo od rodziców. Najbardziej żenujące jest pożyczanie pieniędzy na podpaski. A inne potrzeby ?? Przeciez chciałabym poprawic sobie nastrój idąc do fryzjera na podcięcie włosów, albo na regulacje brwi do kosmetyczki. Ale czy nie byłoby to rozpustą, kiedy nie śmierdzę groszem. Ostatnio robiłam zakupy i kolejny raz odeszłam od półki z delicjami. Śmieszne 3,50 złotego i akurat wtedy tak bardzo zapragnęłam zjeść taką delicję. Stanełam, przyglądałam sie im, a łzy płyneły mi po twarzy. W markecie osiedlowym, gdzie pełno znajomych i nieznajomych się kręci. Tłumaczylam sobie w myslach, a właściwie mojemu wewnętrznemu dziecku, którym byłam 30 lat temu, że przyjdą jeszcze takie czasy, kiedy kupie sobie te delicje. Dziecko zrozumiało. Łzy wyschły, a mi pozostały ból i gorycz.

Fortuna kołem sie podobno toczy. Toczy się tak, toczy. Ostatnie 7 lat zarabiałam bardzo dobre pieniądze. Starczało mi na wszystko czego zapragnęłam (a marzenia mam średnio-rozsądne). Starczało mi na robienie prezentów najbliższymj albo potrzebującym. To lubię własnie najbardziej. A dzisiaj nie mam na delicje i tak już od ponad roku.

Dzisiaj tez dotknął mnie taki impuls..... Nie chcę zdradzać, żeby nie zapeszyć, ale znalazłam wspaniałe ogłoszenie o pracy. Wysłałam swoją ofertę. Spełniałam absolutnie wszytskie wymogi. Obudziła sie we mnie znowu nadzieja. Znowu tli się w mojej głowie jakiś promyczek, cos co pcha mnie do jutrzejszego dnia. Ciekawe czy wyjdzie z tego wielkie ognisko i zaproszą mnie na rozmowę, czy po raz kolejny płomyk umrze....

A może, nawet kiedy nie zaproszą mnie na rozmowę, możetenpłomyk nie zgaśnie. Może jutro znowu dotknie mnie jakis magiczny impuls i ponownie obudzi sie nadzieja.

 

 

Komentarze (3)
taniec chochoła

Ostatnią a zaazem pierwsza prawdziwa miłość przeżywałam mając 20 lat, a zakończyła się dla mnie niemalże tragicznie w wieku 26 lat, czyli 10 lat temu.

Na przstrzeni 10 lat przerabiałam jeszcze kilka związków, choć dwa czy nawet trzy były dla zabicia czasu, a jeden z nich trwał 5 lat i szczęśliwie zakończył sie rok temu długo wyczekiwanym przeze mnie rozstaniem.

Żaden z tych związków nie był normalny. Przeze mnie. Nie umiałam sie zaangazować. Wciąż żyłam związkiem z Maxem, człowiekiem dla któego straciłam nie tylko głowe, serce i duszę, ale również - dopiero dzis moge to jasno stwierdzić - rozum. Żyłam przez długie 10 lat w totalnym paraliżu emocjonalnym, i szkoda tylko, że to te najlepsze 10 lat z zycia, kiedy człowiek może swawolnie i bez żadnych jeszcze powazniejszych zobowiązań podróżować, imprezować, zmieniac prace jak rękawiczki i robić wypady w kazdy weekend gdzie mu się tylko zamarzy. A ja zyłam w odrętwieniu, powoli wyrzekając sie przyjaźni, znajomości, życia towarzyskiego i rozrywki. Z kazdym rokiem czułam postepującą martwicę uczuć, jakichkolwiek uczuć, nawet współczucia dla innych, choć jestem szalenie wrażliwa osobą. W którymś momencie - jakies 3 lata temu - nie czułam juz własciwie nic, ani radosci, ani smutku, ani złości, ani beznadziei, żadnych frustracji, żadnych łez, wszystko było koszmarnie beznamiętne. To emocjonalne inwalidztwo miało progresywna naturę, a ja sama nie wiem czy nie chciałam czy może nie umiałam przerwac takiego stanu rzeczy. Najgorsze było w tym wszystkim to, że wmawiałam sobie przez wiele lat że wszystko jest wporzadku. I nadal kąpałam sie w emocjonalnej żałobie po nieudanym związku. Może nie tyle nieudanym, bo w końcu wiele mnie nauczył, co po zwiazku z toksycznym człowiekiem, którego na długo po rozstaniu nadal kochałam do szaleństwa. Przez którego na własne zyczenie wyalienowałam się ze świata żywych.

Moim zyciem była jedynie praca. Owszem, niezła kasa z nią się wiązała, ale ........ no cóz w któryms momencie zaczęła mnie drażnić kasa której nie miałam właściwie na co wydawac.Bo ile mozna kupowac ciuchów, bielizny, butów, perfum, kosmetyków. Ile można wydac na fryzjera, na samotne wypady do spa. Kasa wzbudzała we mnie jedynie emocje. Bardzo negatywne. 

Żyłam w potrzasku, który sama budowałam wiele lat, ale najgorsze było dopiero przede mną.  Trzy lata temu stracilam pracę, z którą mentalnie związałam się na wiele lat. Nie wyszło. Była fuzja, zwolniona setki osób. Znalazłam nową pracę, ale nie umiałam sie odnaleźć wśród fałszywych ludzi, do których nie byłam przyzwyczajona w takich az ilościach. Po pół roku pracy w nowym miejscu (również dobrze płatnej) zrezygnowałam z niej. Na rezygnacje z tej pracy miało wpływ również jakieś przesilenie negatywnych emocji rodzacych sie gdzies z tyłu głowy od momentu rozstania z Maxem, jakas frustracja, żal, osamotnienie, brak bezpieczeństwa, kłamstwo, fałsz, szok jaki przezyłam gdy dowiedziałam się ..... (o tym kiedy indziej).

Dopadła mnie klasyczna depresja z koszmarnymi lękami. Podobno w tej chorobie najwazniejsze sa dwa aspekty: po pierwsze choroba ta musi byc leczona oczywiście farmakologicznie ( ale najlepiej w połączeniu z psychoterapią) a po drugie - bezwzględnie konieczne jest wsparcie najbliższych i wokół wielu przyjaciół na których mozna polegać. Ja nie miałam tyle szczęśćia co do tego drugiego. Mój ojciec jest starej nomenklatury i ma przez to skrzywione zapatrywanie na życie, poza tym pzez całe zycie mnie tylko tresował. Nie pozwalał miec własnego zdania, wymagał uważania go za najmądrzejszego (zboczenie zawodowe - był policjantem). Apodyktyczny twór. A jesli chodzi o matkę..... długo by pisac, może w końcu przełamie sie i o tym w końcu komus (tzn Wam)opowiem, ale jeszcze nie teraz. Matka od 10 lat była moim wrogiem w zyciu, pierwszym i jedynym. Zaś jesli chodzi o znajomych i przyjaciół, tu sprawa jest prosta. Jest tylko jedna jedyna osoba na świecie, z którą utrzymuję kontakt. Od czasu do czasu, najczęściej telefoniczny, raz na 2-3 miesiące. Jesli chodzi o pierwszy warunek, czyli leczenie psychiatryczna za pomoca farmakologii, to zupełnie odpadało.Przekresliłam je błyskawicznie. Nie będe brała żadnych psychotropów, które zaleczają jedynie deprechę i to najczęściej na czas ich brania. Owszem, wybrałam sie kilka razy do psychiatry, ale zawsze wtedy kiedy myslałam że zwariuję, albo po prostu się zabiję. Nawet miałam opracowany plan. Resztki rozsadku pchały mnie wówczas do poradni psychiatrycznej. Pani lekarz, kobieta z poprzedniej epoki ustrojowej starała sie faszerowac mnie jakimis prochami, wypisywała stado recept przeciw depresji i przeciw lękom. Kazda recepta lądowała w smieciach, w koszu tejże przychodni. W końcu przyszedł czas i taki, że ponad pół roku bałam sie wychodzić z domu.

Reasumując: nie miałam pracy, nie miałam śrdoków do zycia, nie miałam żadnego wsparcia w rodzicach, nie miałam (na własne głupie zyczenie) żadnych znajomych, nie wspomne o przyjaciołach. Bylam zupełnie sama w najbardziej krytycznym momencie zarówno choroby jak i zycia. Wtedy pierwszy raz zwątpiłam w Boga. A bliższe prawdy będzie gdy napisze, że przestałam w Niego wierzyć.Chciałam unicestwić sie. Chciałam umrzeć. Próbowałam trzy razy. Na dobrą sprawe nie pamiętam co staneło mi na drodze za pierwszym i drugim razem. Za trzecim padłam z wycieńczenia po kłótni z Bogiem. Zarzucałam Mu niesprawiedliwość. Bo skoro kocha to dlaczego skreslił mnie tyle lat wcześniej, Dlaczego zabiera wartościowych ludzi z tego świata, i do tego młodych, dlaczego zabiera dzieci a mnie katuje takim zyciem, a własciwie śmiercią za życia. Za czwartym razem z kolei, kiedy juz wyjełam 60 tabletek relanium z blistrów i trzymałam je w obu rękach, a obok stała finlandia do popicia po policzku spłyneła mi łza. Myslałam że to ułuda, bo w końcu nie płakałam ostatnich 10 lat, więc skąd nagle ta jedna. Ale za chwile spłyneła druga i trzecia i kolejne. Byłam w szoku. W prawdziwym szoku. Pierwszy raz od wielu wielu lat poczułam łzy, własne łzy. I jestem przekonana, że płakała moja podświadomość, ponieważ świadomość nadal wypierała ten fakt. Poczułam że to jakis znak, ale od kogo? Przeciez nie od Niego. On mnie juz skreslił. A ja miałam dosyc tych Jego praktyk na moim bycie. Bóg...

Nadzieja ? Bo przeciez nie lęk i nie obawa. Przeciez to nic trudnego połknąć taką baterię prochów i usnąć na zawsze otulona wódą, której nigdy nie lubiłam.

Nie wiem do dzisiaj dlaczego (?).

Ale od tamego czasu mimo ze nie mam żadnego powodu, żadnego światełka w długim i ciemnym tunelu mam nadzieję. I tylko dla niej żyję. Nie wiem na jak długo mi jej wystarczy do tego życia, do takiego życia.

I oczywiście Boga przeprosiłam. Znowu Mu wierzę. I właściwie każdego dnia rozmawiam w moim Aniołem Stróżem. Ma na imie Anahiel :)

Przeszłam jakąś transformację. Chyba duchową. A może jakąś inną. Nie wiem. Ale od kilku tygodni budzi się we mnie chęć życia. Pragnienie kochania i bycia kochaną. A to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie,. choć mam juz 36 lat. Czy oby nie jest za późno na takie pragnienia ???

 

Komentarze (2)
Dzień Kobiet

Uwielbiam to święto. To dzień, w którym rozpieszczam sie do granic mozliwości i zawsze staram się wyglądac bardzo ładnie. Czuję, że to święto wymyslono specjalnie dla mnie :)

Dzisiaj tez tak miało być, ale wyszło inaczej, pierwszy raz inaczej, pierwszy raz źle, i pierwszy raz bez nawet jednego tulipanka.... Smutno mi jest i źle, ale co tam, w przyszłym roku nadrobię to z nawiązką. Może....

 

A dla wszystkich Pań przesyłam najserdeczniejsze życzenia z okazji Naszego Święta, pełno ciepłego uśmiechu i poczucia stuprocentowej kobiecości każdego dnia o kazdej porze oraz te wspaniałe kwiaty poniżej :)

 

p.s. kocham tulipany :)

 

Komentarze (1)
i stało się :)

Zaczęłam !!! Hip hip hurra :)

Wiecie co dla mnie było największym problemem przy założeniu bloga ? Ogólnie, jakby ktoś mnie znał, to powiedziałby że wszystko . Bo nie jestem kimś kto udostępna swój wewnętrzny świat, przeżycia i odczucia dla innych. Wstydzi się uzewnętrzniać emocje, te prawdziwe, a może nawet boi się. Jest w tym bardzo duzo prawdy, a może nawet całość, ale nie to było dla mnie największym problemem. Otóż.... sam tytuł mojego bloga był dla mnie koszmarnie trudny. Nie chciałam poprzez tytuł narzucac ram, w których będę się poruszac, z kolei takie fajne, chwytające za serce, inspirujące czy po prostu ciekawe tytuły już pojawiły się na iwoman. Tak więc zrodził się "koniec milczenia". Jakże pasujący do mojej duszy aliena... Ale o tym w kolejnych odcinkach :)

Dodam jeszcze tyle, że jest to mój pierwszy w zyciu blog i szczerze mówiąc nie mam dla niego żadnej koncepcji. Nie chciałabym aby przybrał postac dziennika, choc to prawdopodobnie nieuniknione w jakimś stopniu. Nie chciałabym aby był pamiętnikiem, choć z perspektywy czasu pewnie takim się okaże. I na pewno nie chciałabym Was zanudzić :)

A moje nadzieje związane z prowadzeniem bolga? No cóz, chciałabym zacząc otwierać się na ludzi, na życie, na świat. Móc poznać Wasze opinie, a nie tylko słowa pocieszenia czy zrozumienie. To jest oczywiście bardzo cenne i szalenie ważne, wsparcie którym obdarzacie, jednak chodzi mi równiez, a może przede wszystkim o Wasze spojrzenie na problem czy sytuację, o której mam nadzieje pisać.

Tyle tytułem wstępu, ale musze jeszcze przyznać, że pisanie bloga jest dla mnie milowym krokiem. A dlaczego ??? To się okaże na pewno w moich wpisach :)

Pozdrawiam Was wszystkich (czytających to :D) serdecznie !!!

Komentarze (2)
Najnowsze wpisy
2010-05-07 23:00 dziwna maniera
2010-04-07 21:56 taniec chochoła
2010-03-08 22:00 Dzień Kobiet
2010-03-07 15:33 i stało się :)
Archiwum
Rok 2010